Wiele lat temu kiedy jeszcze obowiązywały egzaminy wstępne na wyższe studia pewna znana mi młoda osoba próbowała dostać się na socjologię. Z egzaminu z matematyki miała maksymalną liczbę punktów natomiast kiepsko poszedł jej egzamin ustny , który był formą rozmowy kwalifikacyjnej. Otóż jeden z egzaminatorów zadał jej pytanie: „ Europa z granicami czy bez granic?”. Dziewczyna odpowiedziała. że jest zwolenniczką Europy z granicami. Było to krótko przed wstąpieniem naszego kraju do UE,  a kadra uniwersytecka prawie w całości należała do grupy gorących zwolenników tej  inkorporacji. Kazano dziewczynie uzasadnić swoje stanowisko więc powiedziała, że granice są naturalną przeszkodą w rozprzestrzenianiu się groźnych chorób i niepożądanych zjawisk społecznych takich choćby  jak zorganizowana przestępczość. „ Ależ pani ma kosmatą wyobraźnię młoda damo” powiedział przewodniczący komisji egzaminacyjnej. Wydawało mu się,  że jest taki mądry i dowcipny.  Dziewczyna oczywiście  nie została przyjęta na socjologię. Nie żałowała tego, ukończyła fizykę natomiast dziś w świetle aktualnych wydarzeń miałaby pełne prawo powiedzieć: „moje na wierzchu”.  Egzaminator natomiast powinien  docenić jej zdolności analityczne albo uznać ją za proroka. Pandemia, zalew nielegalnych emigrantów, czy choćby możliwość niekontrolowanej ucieczki za granicę osobników pokroju Sławomira Nowaka  spowodowały, że dawni gorący zwolennicy Komuny ( przepraszam Unii)  Europejskiej w tym przemądrzały egzaminator zaczynają tęsknić do granic, a nawet głośno o tym mówią. Niedawno słyszałam jak przerażony pandemią postulował powrót do granicznych kontroli oraz wprowadzenie paszportu  dla już zaszczepionych. Wolnościowe ideały „Europy bez granic” sięgnęły bruku.  

Na marginesie dodam ze rozmowa kwalifikacyjna punktowana tak jak egzamin merytoryczny była zawsze świetnym sposobem arbitralnego wybierania kandydatów na niektóre wydziały, a także do renomowanych szkół średnich. Takie wysoko punktowane rozmowy przeprowadzano we wszystkich szkołach dla „naszych dzieciaków”  pretendujących (niekoniecznie słusznie) do roli kuźni elit kraju. Tak postępowano w doskonałej zresztą Szkole Przymierza Rodzin a także w liceum na Bednarskiej. Przy egzaminach na wyższe uczelnie taką selekcyjną rolę odgrywały światopoglądowe pytania. Pewien młody człowiek opowiadał mi, że przy egzaminie na tę samą socjologię zapytano go : „Być czy mieć?”. Dobrze wiedział, że powinien powiedzieć: ”być” i szlachetnie lać wodę dając do zrozumienia, że doskonale zna  metafizyczne dzieła Marcela oraz esej Fromma z 1976 roku pod tytułem: „ Mieć czy być?”  ale coś go pokusiło  i odpowiedział przekornie: „ żeby być trzeba mieć”. Egzaminatorzy dali mu do zrozumienia, że uważają go za prymitywnego tępaka i chłopak na socjologię się nie dostał. Studiował potem tę samą socjologię w trybie zaocznym, płacąc za studia. Został słusznie ukarany gdyż nie zdał egzaminu z oportunizmu, który dla osób pokroju egzaminatora, znanego profesora renomowanej uczelni, jest i powinien być podstawą organizacji życia społecznego. Przecież egzaminator doskonale wiedział co może sobie myśleć na temat „być i mieć” młody, wchodzący w życie człowiek, nie mający mieszkania ani pracy. Wysoko punktowane rozmowy kwalifikacyjne zamiast czy obok egzaminu wstępnego na uczelnie były po 1989 roku świetnym sposobem na dobieranie sobie kandydatów do szkół czy uczelni według swego widzimisię nie narażając się na zarzut nepotyzmu czy protekcji. Tak tylko można wytłumaczyć nadreprezentację potomków stalinowskiej grupy interesu w uczelniach artystycznych i humanistycznych. W zdecydowanie mniejszym stopniu dotyczyło to studiów technicznych i przyrodniczych, gdzie nie wystarczyło się dostać, trzeba się było jeszcze utrzymać. Odpowiedni dobór kandydatów do różnych zawodów był niewątpliwie częścią „ długiego marszu przez instytucje” postulowanego przez pewnego niemieckiego  lewaka (był to Rudi Dutschke) a przypisywanego na ogół   Antoniemu Gramsciemu. „Bierna rewolucja Antoniego Gramsciego, prowadząca wojnę pozycyjną, była precyzyjnie opracowanym scenariuszem komunistycznego Kulturkampf, realizowanego jako marsz przez instytucje władzy nazywanej później metapolityczną, a zapewniającej zdobycie hegemonii najpierw kulturalnej, a wreszcie i politycznej” tłumaczył Jacek Bartyzel.

 Najpierw uniwersytety obsadzili ”ludzie w szarych szynelach” (jak ich nazywa Artur Domosławski) czyli oficerowie polityczni, którzy przybyli do naszego kraju na sowieckich tankach. Ich ramieniem i naturalnym następstwem byli beneficjenci preferencyjnych punktów na uczelnie masowo zasilający szeregi ZMP, których podstawową cechą (a dla władzy zaletą) był oportunizm. Oni stali się trzonem armii „transformersów” masowo zapisujących się do Solidarności (gdy pozwoliła na to mądrość etapu) i przeobrażających się w naszych oczach w prozachodnich liberałów.  Wychowankowie „transformersów” byli odpowiednio sformatowani, nie trzeba ich było uczyć na której półce stoją konfitury.

Absolwenci słynnej Durczówki ,którzy na przyspieszonych kursach uczyli się skazywać na śmierć członków niepodległościowego podziemia wychowali sobie wielu godnych siebie następców. Stąd się biorą obecne problemy ze zreformowaniem wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Po transformacji ustrojowej 1989 roku nieustannie zadawano sobie retoryczne pytanie. Co należało zmienić – strukturę czy ludzi? W kręgach kontraktowej opozycji powielano tezę, że wystarczy zmienić strukturę a ludzie się do niej dostosują. Uwłaszczony komunista stanie się automatycznie antykomunistą, a może nawet liberałem czy konserwatystą. Teza ta była niezwykle przydatna dla otumaniania społeczeństwa, które dość biernie pozwoliło się obrabować przez prawdziwych beneficjentów transformacji, komunistyczną nomenklaturę. Nie rozumiano, że należało zmienić zarówno strukturę jak i  i ludzi. To ludzie tworzą przecież struktury, które potem kształtują ludzi. Ten mechanizm to dodatnie (co nie oznacza dobre) sprzężenie zwrotne.

Subscribe
Notify of
guest
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments