Sondaże mainstreamu wskazują na wyraźną przewagę Bidena. Pokazują się jednak prognozy mniej optymistyczne dla kandydata demokratów. Biden, który wiele tygodni kampanii spędził nie wychodząc z domu i strasząc wszystkich COVIDem, w ostatnich dniach kampanii zdecydował się jednak na organizowanie wieców wyborczych.  Oznacza to zapewne, że nie ufa sondażom dającym mu kilkuprocentową przewagę. 

Jest bowiem wielce prawdopodobne, że Biden dostanie więcej głosów w skali kraju, a nie zostanie prezydentem.  W USA wybiera się prezydenta na podstawie głosów elektorskich (każdy stan ma przypisaną ilość „electoral votes”), a nie powszechnego głosowania.  Przed czterema laty Hillary Clinton dostała 48% wszystkich głosów, a Trump zgromadził o 2% mniej (46%), a mimo to jednak to kandydat prawicy wybrany został na prezydenta. 

Stało się to możliwe głównie dzięki zwycięstwu w Pensylwanii i na Florydzie.  Te dwa stany to aż 49 głosów elektorskich z 270 potrzebnych do zwycięstwa. W 2016 Trump wygrał z resztą w innych stanach jakie wydawałoby się z pewnością przypadną Clinton, jak choćby Michigan.

Nic zatem dziwnego, że właśnie na tych stanach obaj kandydaci koncentrują swoje ostatnie wysiłki. To właśnie tam rozstrzygnie się batalia o urząd prezydenta. Trump regularnie odwiedza Pensylwanię i Florydę, gdzie odbył w ostatnich dniach wile spotkań z wyborcami na jakie przyszły prawdziwe tłumy, a jakich brakuje na wiecach Bidena.

Szczególnie ciekawa sytuacja panuje na Florydzie, gdzie dotychczas w głosowaniu korespondencyjnym zdecydowanie prowadzili demokraci.  W tym „kopertowym” głosowaniu wzięło udział prawie 400 tysięcy więcej demokratów niż republikanów.  W ostatnich dniach jednak rośnie tzw. czerwona fala (czerwony to kolor republikanów) i to właśnie konserwatyści w wielkich ilościach głosują w „early voting”. W punktach wyborczych, gdzie głosować można przed 3 listopada ustawiają się długie kolejki w większości złożone z wyborców republikańskich.  W efekcie różnica między kandydatami jest już podobna do tej jaka dzieliła Trumpa i Clinton przed czterema laty, gdy Trump wyraźnie pokonał Clinton w stanie pomarańczy.  

Zwolennicy Trumpa interpretują to zjawisko jako prognostyk zdecydowanego zwycięstwa konserwatywnego kandydata.  Coś może być na rzeczy, gdyż ostatni wiec Bidena zatytułowany był jako „motivation rally” czyli coś w stylu wiecu motywacyjnego.  Biden namawiał swoich zwolenników do głosowania korespondencyjnego i straszył odwiedzaniem lokali wyborczych.  Teraz ma problem, może się bowiem okazać, że zbyt mało jego elektoratu zagłosowało drogą pocztową. Z tą motywacją lewicowych wyborców Biden, zmagający się z poważnymi oskarżeniami o korupcję, ma duży problem. 

W mediach społecznościowych notki Trumpa często przekraczają 200 lub więcej tysięcy polubień, podczas gdy wpisy Bidena rzadko otrzymują 100 tysięcy „lajków”.

Nie mniej jednak, zarówno Twitter jak i Facebook posuwają się do chwytów poniżej pasa, blokując negatywne artykuły o Bidenie, aby uchronić kandydata demokratów przed „złą prasą”.

Mimo to, ostatnio Trump stwierdził, że o ile nie zdarzy się nic zaskakującego „wygramy te wybory”, czego należałoby życzyć rządzącej w Polsce prawicy, oraz osobom o konserwatywnych poglądach.

W Ohio, stanie w jakim zwycięzca od 40 lat był zawsze wybrany prezydentem, minimalną przewagę ma kandydat, który wypowiedział wojnę mainstreamowi, czyli urzędujący prezydent Donald John Trump.

Subscribe
Notify of
guest
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments